poniedziałek, 3 września 2012

breathe control play

Noszę nalepkę Obiekt Monitorowany. Układam alfabetycznie przyprawy w kuchni i dużo chodzę na świecący diabelski młyn pod trupem hotelu forum. Ma klimat wesołego miasteczka na cmentarzu i to w nim lubię. W powietrzu robię ćwiczenia duchowe na metafory odchodzenia - w wyobraźni amputują mi kończyny, paraliżuje mi kręgosłup, umieram na stwardnienie rozsiane, mam raka w terminalnym stadium, dziwne pieprzyki, znamiona w śmiesznych kształtach, dwugłowe cielęta, plamy na słońcu, powodzie, meteoryty, epidemie, rozsypana sól, zbite lustra, smugi chemtrails, jod w wodzie, promieniowanie elektromagnetyczne, coś musi zadziałać.
Człowiek podobno 7 razy zmienia się w życiu, a ja czytam ten blog i nie umiem wskazać miejsca gdzie bohaterka przechodzi zmianę, a gdzie się jej zdaje, że będzie jak na plakacie Kelly Family przylepionym poloplastrem do ściany, który wisiał w jej klasie, jako fragment gazetki ściennej i ten poziom szczęścia wydawał się jej nierealny i mocno podejrzany, ale byłą dzieckiem, a dzieci mimo wszystko i przeciw wszystkiemu chcą być szczęśliwe. Nawet gdy zrobisz im coś złego, kiedy wcześniej byłeś dla nich dobry, same przyniosą ci pasek i po dziecięcemu powiedzą: ukaraj mnie i niech będzie jak przedtem.
Kiedy jesteś dzieckiem i rośniesz musisz się nauczyć tylu rzeczy: czy buty się wkłada, czy ubiera i jak obejmować ludzi, kogo całować w policzek, a kogo w usta, uporać się z matką, unieważnić ojca, komu pozwolić usiąść sobie na twarzy, a komu siadać, czy wypada ci płakać kiedy widzisz niewidomego chłopaka, który je lody, czy raczej powinnaś odwrócić wzrok, bo to tak, jakbyś podglądała go gołego w łazience.
Śniłam, ze rodzę córkę i wszyscy są rozczarowani, wspólny poród zabił pożądanie, a w domu było pełno kurzu.
Bardzo się boisz, ale tak ma być i będzie, nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia. Tak jak zostawia się czapkę i rękawiczki w knajpie, tak człowiek się może zostawić gdzie indziej. Nie wierzysz, zapytaj kogo chcesz.
Twój dzieciak nie dostanie świadectwa dojrzałości, ono jest dla najzdolniejszych, a on głównie repetuje w ostatniej ławce.
W każdej klasie jest takie dziecko, któremu nie wiadomo co kupić w prezencie, kiedy losuje się nazwiska w mikołajki.
Ja jestem tym dzieckiem.
To mnie przynosili niepotrzebne zabawki, zleżałe słodycze od babci, używane książki, nadprute pluszaki. A ja zabieram je do domu, stawiam centralnie na półce i mówię: jakie to piękne. I naprawdę tak myślę.
I naprawdę nadal tak robię.
Prosto w mój dzień wybucha słońce, karygodny brak opadów. Wróżę sobie z książek, niestandardowo, bo z albumu o malarstwie: Judyta obrzyna głowę Holofernesa, napięte mięśnie przedramion mówią, jaki to wysiłek. Morderstwo to jedno z wielu możliwości i jako takie zasługuje na zrozumienie. Jadę do mamy, ale wieczorem wracam, bo nie mam odpowiedzi na jej pytania, a milczenie mnie krępuje.
wieczorem w knajpie podpity głos wrzeszczy: Nie marnuj mnie kurwa, nie marnuj mnie! cały świat się pierdoli, a ten kurwa odnalazł miłość!
Rechot zagłusza resztę, bo jest i reszta, próbuję odgadnąć, który to ten z miłością, ale nie potrafię rozpoznać z wyrazu twarzy. Wszyscy wyglądają tak samo.
I jeszcze słyszę, jak dwóch anorektycznych chłopców, takich co to wiesz, mają na imię Bożydar i Tytus, takich co to niesą z mojego plemienia, bo ja naciskam dzwonek palcem wskazującym, a oni kciukiem, jak przycisk Nintendo, rozmawia o puszce na kakao Cadbury z lat 50' za 30 zeta pod halą i czy to dużo czy mało.
Ktoś oferuje mi klejnoty i całe wonności Arabii za współudział, nie wiem co nie wiem z kim i odmawiam, Pani Wielka Etyka Osobista.
w domu czekam nie wiadomo na co, nabieram w płuca powietrza i zaciskam usta, nadymam policzki, liczę do dziesięciu. Potem puszczam.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wisconsin Death Trip

Okazało się, że wciąż to mam. Że śniadania złożone z białek, cukrów i tłuszczów w dobrych proporcjach, koktajle owocowe, wczesne wstawanie, późne wstawanie, zakreślanie zdań w książkach, wdychanie terpentyny, ciuchy z lumpeksu, głaskanie zwierząt, oglądanie komercyjnej papki, oglądanie środkowoeuropejskiego kina rozkminy, nawał pracy, urlop, kosmetyki dla wrażliwych skór, campowe przedmioty i znajomość wielu wyrazów akcentowanych na trzecią sylabę od końca - nic mi tego nie odejmie. I accept jesus as my saviour, śpię nago, śpię krzywo, z nogami poza materacem, dyskomfort, zniechęcenie, gromadzę kapitał kulturowy myślą, mową i uczynkiem w teatrze w kinie i w książkach. Ta toksyna mnie zabija, czy to działa czy nie działa.
Marla stwierdza miłość i czuje, że jest nieadekwatna. Chce się schować pod szafą, się nie pokazywać w tym stanie, się nie wypowiadać, ściskać swój skarb w spoconej dłoni i nie wysyłać sygnałów że coś boli. Nie słuchać, że myślano o niej niedobrze, że posądzano ją o terroryzm, a jak już usłyszeć - wykasować,ograniczyć ekstremum funkcji życiowych do niezbędnego minimum, nie mówić wszystkiego, nie mówić niczego, trzymać jak czwartą tajemnice fatimską, zagadkę marie celeste, latającego holendra, Weisera Davidka.
Dachuję.
Tymczasem wciąż jeszcze można mnie spotkać.


niedziela, 12 lutego 2012

sad pony guerilla girl

- O ja pierdolę, co za szmata!
Ignoruję, choć wewnętrzny głos podpowiada, że jestem ich atrakcją wieczoru, ich karłem albinosem, frikiem z sześcioma palcami u ręki, w tym stroju nie budzę zaufania społecznego, rozglądam się po autobusie i widzę, że trzeba liczyć na siebie.
Daj telefon, muszę zadzwonić do matki.
Mówi ta na kolanach chłopaka. On na moment wyłącza muzykę z telefonu i podaje jej sprzęt.
Słuchaj, no to ja. Jedziemy już, mamy wódkę, nastaw wodę.
Oddaje telefon chłopakowi.
W tym futrze wygląda jak kurwa!
Wiem, ze to test, a ja nie mogę go oblać. Mam jeszcze sześć przystanków do końca, to trochę potrwa. Nie są z tych, których obłaskawia dar gładkiej wymowy, to jest kontest na szacunek, szczęść boże wszystkim naszym uczestnikom.
- Oszczędzaj siły mała, bo w domu musisz jeszcze obciągnąć bratu.
Nie wiem, skąd mi się to wzięło, god told me to do this, ale po tym tekście tracę resztki społecznego poparcia. Poszło, już za późno, żeby z uwagą studiować krople na szybie, już za późno na ekumeniczną atmosferę, publiczność wietrzy krew, łojezu i łomatkoboska się będzie działo, puść mi to jeszcze raz, bo muszę rozpoznać się w tym zdaniu. Jestem jak naukowiec na Antarktydzie, wbijam szpikulec i wyciągam próbkę lodu, próbując wnioskować z niej o reszcie.
- A skąd ty kurwa wiesz, że jest moim bratem?
Pyskówki z napranymi dzieciakami są żenujące, szczególnie gdy dzieli was więcej niż 10 lat. Trudno nie wypaść w tej kompetycji inaczej niż z pozycji "weź ubierz się, dorośnij, przestań ćpać", zawsze jesteś ciotką klotką na przegranej pozycji, za starą, z wyczuciem społecznej normy, który poczytają ci za konformizm, i mają rację, z większym zasobem słów, który możesz w dupę sobie wsadzić, bo i tak wiadomo jak brzmi najbardziej cięta riposta.
- Może jest, może nie jest, ale na studniówkę dla bezpieczeństwa weź kuzyna.
Kontrolki żarzą się na czerwono, przysięgam nie wypiłam tego wieczoru ani kropli, jej oczy zwężają się niebezpiecznie szybko i już wiem, czuję to w kościach, mięśniach i krwi, że teraz mi wyjebie. Jeśli miała jakieś wątpliwości, to musi je pogrzebać, bo teraz całe colosseum w autobusie czeka na krew i igrzyska. Put your hands up in the in the air! Kciuki w dół! Jak się bawicie?! Nie słyszę! JAK SIĘ BAWICIE?!
Wymyśl coś, kurwa, weź coś wymyśl, bo tu się zaraz zrobi plan filmu Caligula Tinto Braasa, kto jest za wpierdolem, wpisujcie miasta.
Muszę ją uprzedzić i nie wiem jak, jeśli uderzę ją pierwsza, sprawa jest oczywista, w razie kłopotów na przystanku z miłymi panami w radiowozie nie mam nic na swoją obronę, plan działania jakiś weź kurwa ustal, modus operandi jakiś, bo ja wiem, na chuj ci ten doktorat, jak nie umiesz sobie poradzić z małolatą w autobusie...
Modlić się? Wierze w Boga, ale mu nie ufam jeśli chodzi o takie sytuacje. Polegam raczej na sobie.
Dziewczyna podnosi się z miejsca parę centymetrów i wtedy się decyduję na mały twist w akcji. Uprzedzam ją, podchodzę pierwsza, wypluwam gumę do żucia na dłoń i bardzo powoli nachylając się wgniatam ją w jej włosy. Mierzymy się wzrokiem bez słowa, zaklinam ją w myślach "kup to", bo mój nos jest stanowczo zbyt blisko jej pięści, a te ręce na pozaszkolnych ustawkach mogłąbym sobie pooglądać w akcji na jutubie, jak wyrywają włosy koleżance, co się za bardzo interesowała kolegą z ostatniej, najfajniejszej ławki. Pod spodem komentarze, także w języku angielskim. I : Jebać angielski, swoi przejmują jutuba!
W podstawówce na pewno miała taką zabawę: wybierz najsłabszą sztukę w klasie, podejdź na przerwie i zapytaj: co to było to wczoraj? A jeśli nie wie, a jest jasne, że nie wie, za długo się zastanawia - zrób jej krzywdę.
Kurwa, ile to trwa, mam to w sloł mołszyn, a guma obrasta we włosy i robi się ohydna w dotyku.
To jest publiczna egzekucja, mam w ustach ślinę, ale nie przełykam, mogłabym zrobić to za głośno i to mnie zdradzi, że mam tylko parę, a ona co najmniej fula. Zareaguj. Czemu nie reagujesz?
I wtedy do mnie dociera.
Jestem dla niej UFO, dresiarą w futrze w cętki, a ta stylówka to dla niej terra incognita, nie wiadomo jak mnie zakwalifikować, pod co podpiąć mój strój i zachowanie, nic jej nie konweniuje, moze jestem jakimś pierdolonym hifowcem z miejskiej legendy, co zaraz wyjmie strzykawkę z kieszeni i ukłuje ją złośliwie, triumfując nad jej układem immunologicznym, a może stoi za mną coś, o czym ona nie wie, ale czego powinna się bać i to bardzo, skoro ja nie boję się przearanżować jej look tej nocy.
Nie rozpoznaje wzorca, wali ode mnie dziwnością na kilometr, może jedzie z nią jakimś cudem członek kartelu z Medelin, może kanibalka, a może mój dresiarski uniform i kierunek jazdy autobusu mówią jej: odpuść.
I odpuszcza, moja damsel in distress odpuszcza, lekko pociąga nosem i poprawia tusz na rzęsach, odwracam się do niej plecami i wracam na swoje miejsce. Fejm i provo 100%. Teraz.
Wysiadam na moim dresiarskim osiedlu. Deszcz confetti spada mi na głowę na przystanku gdzie niejedna wiślacka kosa weszła pod serce oddane Cracovii. Oddycham. Całą i zdrowa. Dzwoni telefon. Chór grecki wiwatuje.

piątek, 20 stycznia 2012

mother stands for comfort

Zimę znoszę źle. Zima to metafora. A może bardziej porównanie. Podstawowa figura stylistyczna. Wracając z nocnej wycieczki, by odblokować writers block, wsiadam w autobus nocny. Kierunek Dąbie. Kierunek dom. No, jeden z domów. Wherever I lay my head.
Przesiąknięte tenisówki, oldskulowa bluza adidasa (jakże zyskała mi szacunek właściciela butiku ze sportowymi ciuchami vintage) i długie sztuczne futro w cętki. Jak śmieje się Z. - zdarte z ocelota. Jak śmieje się Z. - jestem Marlą Singer.
Kasuję bilet, nie jadę na gapę, nie mam na to nerwów. Trójka porobionych szesnastolatków umila czas współpasażerom pierdzącą z głośnika telefonu muzyką. Że ona ma osiemnaście lat i wie czego chce. I jeszcze jedna zwrotka. Jeszcze nie wiem, że to mój kismet na tej przejażdżce.
Dwie dziewczyny i jeden chłopak. Blondynka siedzi mu na kolanach. Jej rozbawiona koleżanka obok, na granicy puszczenia pawia, bełkocze słowa piosenki podskakując średnio rytmicznie. Krótko taksuję ich spojrzeniem. Młodzi, bezczelni, fantastycznie wkurwiający, znak zodiaku: kobra. Wszystko w nich znam, wszystko o nich wiem. Wyczuwam robotniczą rodzinę, która nie kłopocze się telefonami, gdzie jest ich dziecko, wyczuwam ojca - wódę rozpijaną w kotłowniach przedszkoli, stróżowanie budów, niezalegalizowane drobne prace wykończeniowe. Wyczuwam matkę - kwaśną woń nikotynowego oddechu, najtańsze kremy z kiosku i krzyżówki w tele tygodniu. Herbatę w szklankach i napchane powietrzem bułki po 30 gr z lidla. Samozapłony w fotelu koronujące parodniowe alkociągi. Bójki w tesco o tańsze mięso. W "dużym pokoju" wersalka centralnie na telewizor. Przekonani, że świat ich zrobił w chuja. A jeśli nie - to zrobi. Rozmowy ze szkolnym pedagogiem: "Obawiam się, ze nie zapewniają Państwu dzieciom klimatu bezpieczeństwa. Znacie Państwo taką zasadę, bity - bije. Proszę z dziećmi rozmawiać. Czy Państwo jedzą razem śniadania?"
Ta trójka nienawidzi tu wszystkich. Tutsi i Hutu w jednym autobusie. Te dzieci zajebią każdemu, kto spróbuje się odezwać. Każ nam ściszyć muzykę. Czekamy. Pasażerowie w ciszy odmierzają minuty pozostałe do swoich przystanków. Niepisana reguła jazdy nocnym: "się nie wychylać". Postawa roszczeniowa nie jest tu mile widziana. Pod czyją obronę uciekniemy się?
Szukają zaczepki. Omiatam ich wzrokiem, nie wiem, czy to alko w ich żyłach, coś z Urzędowego Wykazu Produktów Leczniczych dopuszczonych do obrotu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, stan na dzień 31 01.2011, a może raczej z Wykazu Środków Odurzających i Substancji Psychotropowych z Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii (stan po nowelizacji z kwietnia). Nie za bardzo mnie obchodzi, czy to coś z recepty różowej, zwykłej, czy z budzącym dreszcz skrótem LZ.
Dawniej pewnie kirali korektor i markery, palili słone paluszki i wciągali nosem Zozole, ach, mitologia dziecięctwa! Dziś na dolor existentiae kinderćpuny wpierdalają deksa.
Nie mam pojęcia, że tu za chwilę zajdzie komplikacja mentalna, że lew nie spocznie pospołu z jagnięciem. Ale to dopiero za chwilę, jeszcze nie teraz.
CDN.

czwartek, 24 listopada 2011

It was never about the hype


Każdy zna takich ludzi, którzy umierając będą wmawiali innym i sobie, że żyli "szeroko". Nie dobrze, źle, bezużytecznie, nie będąc potrzebnym, ale potrzebując, nic z tego. Po prostu "szeroko".
Lubiłam tak o sobie myśleć. Lubiłam otwierać się na przestrzał, przepuszczać przez siebie ludzi i sytuacje, niech się stanie wola Twoja, ale kłamałam, bo jeśli była to czyjakolwiek wola, to moja.
Żyć "szeroko" znaczy wiele i mało zarazem, to puszczać zajączki, nie oszczędzać światła, nie oszczędzać siebie, nie oszczędzać innych, choć zazwyczaj jest przecież tak, że mamy gest, kiedy koszt ponosi ktoś drugi.
Każdy chce się wykazać, że nie oddycha bez sensu. Każdy usprawiedliwia swoje marne postępki, przypisując im wzniosłe pobudki. Zastanawia mnie, czy pełny relatywizm, ale taki bez opierdalania się, nie jest w istocie pierwszą bramką metafizyki.
Ludzie są pełni gówna, przelewa się przez nas i co jakiś czas wybija szambo. Pływamy w tym do późnego wieku. Cruel story of youth. Potem mówią, że coś w naszych mózgach się psuje i tracimy pamięć, ale to nieprawda. Coś się polepsza.
Nocą schładzam kawę i policzki kranówą. Bo budzę się ze zmartwienia, że coś z nami jest nie tak, że "projekt człowiek" zawalił i konstruktorzy już dawno machnęli ręką, że jesteśmy zbędni i wadliwi i tylko desperacji zawdzięczamy nieudolne próby przypisania celowości naszemu istnieniu. Bo ludzie opowiadają mi historie i wierzcie mi, nie jest prosto ich słuchać. bo prezentują mi wachlarz wyborów i możliwości przekonując, że każda zasługuje na zrozumienie. Jak mam im mówić, że to oszustwo, a oni są największymi blagierami swojego życia. Jak mam im pomagać, a czasami tego oczekują, jak być kimś więcej, niż kolekcjonerem ich narracji.
The first question is - and I know you're gonna like it - po co?
Mam na to odpowiedź - bo mnie to obchodzi. Bo jeśli cokolwiek mnie obchodzi, to właśnie to. Ludzkie historie są tak nieznośnie zajmujące, nie dla aspektów edukacyjnych, rozrywkowych, jako wypełniacze czasu, ale dlatego, że to jedyny ślad naszej egzystencji. Chciałabym, żeby istniało wielkie archiwum, w którym ktoś zachowałby płacz zdradzonego kochanka, czyjś ból w podbrzuszu, każdą łzę rozczarowania, rozpaczy, gniewu, każdy strach przed niewiadomym, karą, przyszłością, każde melancholijne popołudnie, każdy perfekcyjny ranek, każdego nieznajomego, z którym zamieniliśmy parę słów przelotem, każdego kaca z przepicia i winy, każdą szklankę kompotu do obiadu i ten obiad także.
Rzeczy i ludzie opuszczają nas bezpowrotnie, całe nasze życie zadedykowane jest śmierci i kiedy myślę o tym, a zdarza mi się to często, małe włoski na moich przedramionach stają na sztorc i za nic nie chcą się położyć.
U Benthama można znaleźć takie pojecie - "głęboka gra".
To taka gra, w której stawka jest tak wysoka, że z utylitarnego punktu widzenia, uczestnictwo w niej jest irracjonalne. Obydwie strony grają grubo ponad swoje możliwości, ilość bóul netto jest dużo większa niż przyjemności. Głęboką grę w sposób naturalny i najpełniejszy uprawiają fetyszyści, nałogowcy, dzieci, dzicy i wariaci i w trosce o ich dobro należy chronić ich przed nimi samymi.
A ja mówię - Bentham, stul pysk.

piątek, 18 listopada 2011

discipline is disorder


To była jesień kiedy kurs franka szwajcarskiego przekroczył psychologiczną granicę 4 zł, naród elektryzowała rekordowa kumulacja lotto, a polscy biskupi kłócili się o Nergala w telewizji i istnienie diabła. Zimno wzmagało zapach nikotyny na dłoniach i ubraniach, a mnie ogarniała klaustrofilia i marzyłam o deszczu, który potrwa 40 dni i nocy. Chińczycy wykupywali Polskę kawałek po kawałku, tak jak wykupywano mnie, co brałam za zbawczy proces.
Nad ranem przyszedł do mnie sen, który nie był dobry, ale też był najlepszy, bo proroczy. Nigdy w to nie wierzyłam i teraz także mam tę trudność. Każdy wstęp, który zapowiada efekt jest banalny. Strzeż się cichego psa, cichej wody i cichego wroga. Śniły mi się trzydniówki, spocone i śmierdzące wódą, ten sen wypatrywał śmierci spodziewanej od morza. Synowie światła przeciwko synom ciemności. Transcendentalne marines uderza o piątej rano.

To jest ta "nowa wrażliwość", po której tyle sobie obiecywano. Która wypełnia mi głowę, gdy kochamy się głośno, bez zabezpieczenia. Płakałabym, gdyby nie zachwycał mnie proces tworzenia cierpienia. Siedzę na biurowym krześle i nie mogę się pozbyć wrażenia, że zaraz ktoś przyjdzie i zacznie sprawdzać bilety. Ja nie mam biletu na ten film, w którym nie ma akcji, a wydarza się wszystko, ludzie palą papierosy w nasiąkniętych wydzielinami prześcieradłach i trzęsą im się ręce, zbiera na wymioty. Proszę sobie wyobrazić lipiec albo sierpień, bardziej styczeń.
Mijam na korytarzu ludzi, jak atrakcyjne nieruchomości na obrzeżach amerykańskiego miasta, do którego się nie wprowadzę. Najpiękniejsze w prowincjonalnych miasteczkach są domy pogrzebowe. Ale tu wkrada się dramatyzm, to z niemożności napisania tego tekstu, a przecież nie ma nic bardziej żałosnego od tekstu o tym, że się nie może napisać tekstu.
Bardzo mała, bardzo zimna planeta w kolorze popiołu i blendy smolistej, fioletowo - szara z wirującym w powietrzu brokatem. Kolorowanka dla dzieci z zespołem downa, astygmatyzmem i złą koordynacją ręka - oko. Brak atmosfery, ale za to najlepsza grawitacja. Generalna próba wyjścia na powierzchnię. Radź sobie. Wytrzyj twarz. Zgłaszam się na obdukcję.
Chińskie zegarki wygrywają dziesięć wesołych melodyjek i tylko dziesięć, bo potem się psują. Ale to jedyny czasomierz na tej planecie. I to nie jest wiersz, bo wiersze pisze sie w słupku.
Przestań się mazać. Oto model mojego serca do samodzielnego składania, w skali 1:18, klej we własnym zakresie.

poniedziałek, 24 października 2011

if you were waiting for a sign - this is it


Ten sport ma przyszłość. Nordic walking dead dla byłych dziewczyn i chłopców, żądamy więcej igrzysk, mniej chleba. Świeci ostre słońce, jesień robi mnie w chuja. Historia się nie domyka, raczej skrapla w odpowiedniej temperaturze i ląduje parzącymi kroplami na karku. Pocieszenie nie płynie znikąd, wiec może przyjdzie chociaż z cierpienia bliźniego twego. Jak bardzo nie chcemy sprawiać bólu jest irrelewantne w tej całej historii, choć pali mnie ciekawość,naprawdę skurwysyńsko pali - co nam policzą tam na górze - chęci dobre jak domowy obiad, czy skutki naszych działań.
Ale hej, czy to nie moja immanentna cecha, ta "aura nieszczęścia przy całej cudownej beztrosce", która powoduje, że możesz znieść więcej, mocniej bardziej i nawet ze śmierci najbliższej ci osoby zrobisz zajebistą książkę? To się chyba nazywa depersonalizacja, ale lubię jednak uważać to za rodzaj czaru, a nie psychopatii.
Więc bierzcie i jedzcie, jest mnie dużo, paczka wystarczy na najmniej trzy osoby. Śmiesznie wyglądam ze stresu, robi mi się taka bruzda między brwiami i wydymają usta i zacinam się trochę w mówieniu na niektórych wyrazach, nadgryzam sobie policzki od wewnątrz, ale komu to przeszkadza. Mnie nie.
W żenujących tematach wypada się zazwyczaj żenująco, wiec wybaczcie bracia i siostry tę mowę ciemną i pokrętną. Dziwne jak się człowiek może zmienić w parę godzin.
W sumie to sprawiedliwe: tylko moja krzywda może wynagrodzić czyjąś, tylko tym ją nasyci, aż powie: jesteśmy kwita. Ci, którzy nie są już z tymi, których kochamy powinni mieć prawo strzelać do nas na ulicy, okres łowiecki trwałby dajmy na to rok, jeśli przez rok udałoby się nam przeżyć, znaczy to, że przeznaczenie kiwa głową przyzwalająco i mamy prawo do szczęścia.
Gorzki to błazen, prawda, ale aura beztroski zobowiązuje. Nie można się migać od obowiązków.
Więc jestem fejbjulys end łiti, czarming end emejzing łiw łoterpruf maskara. Mam w sobie pełnię zrozumienia i strachu. Chciałabym je zapakować w pudełko ze wstążką i wysłać pod stosowny adres. Może wtedy zostałoby mi odpuszczone. Chciałabym mieć stado świń, do wpędzania w nie demonów, a mogę tylko szpetnie zakląć i zapalić fajkę. Jesteś tylko statusem na fejsbuku i nie wiem jak sypiasz, ale opuść już moje życie i pozwól wziąć haust powietrza.
Składam broń, której nigdy nie wydobyłam i opuszczam arenę, nigdy nie lubiłam tłoku i to się już nie zmieni.